Zobacz co mówią o Tobie liczby!
  
  
 Przekaż darowiznę 

Dom szósty jest domem „upadającym”. Jest to ostatni z trzech domów, które mają swój symboliczny początek w nadirze, to znaczy w najniższym końcu pionowej osi horoskopu urodzeniowego, linii południka zerowego. Domami upadającymi są domy trzeci, szósty, dziewiąty i dwunasty, ale jest zasadnicza różnica między domami szóstym i dwunastym, które kończą się odpowiednio w descendencie i ascendencie –zachodnim i wschodnim punkcie horyzontu urodzeniowego – a domami trzecim i dziewiątym, które kończą się odpowiednio nadirem i zenitem. Horyzont jest niepodważalnym faktem egzystencji. Oddziela to co jest ponad od tego co jest poniżej powierzchni Ziemi. Jest to najbardziej konkretny z podziałów. Pionowa linia południka miejscowego nie jest jednak tak łatwo postrzegalna. Wschodnia i zachodnia połowa nieba i całego horoskopu nie są podzielone w żaden widoczny sposób. Przejście z domu trzeciego do czwartego jest łatwe, podczas gdy przejście z domu szóstego do siódmego i z dwunastego do pierwszego jest ostre. Rzeczywiście sugeruje to kryzys percepcji, „rewolucję w świadomości”. Szósty dom odnosi się do okresu powtórnego osobistego dopasowywania się; dwunasty –do okresu ponownej społecznej i egzystencjalnej polaryzacji. Jednak doświadczenia z szóstego domu w naturalny sposób prowadzą do domu siódmego. Równocześnie przeżywając doświadczenia w domu dwunastym końcowej fazy cyklu, człowiek bardziej lub mniej świadomie zasiewa również ziarna, które stworzą i wzmocnią początek nowego cyklu w domu pierwszym. Dlaczego istnieją doświadczenia ponownych dostosowań domu szóstego i co oznacza takie dostosowanie? Na to pytanie można odpowiedzieć, biorąc pod uwagę fakt, że szósty dom następuje po domu piątym –domu samoekspresji oraz działania emocjonalnego i twórczego. W życiu każdego człowieka nadchodzi taki czas, kiedy zmuszony jest zdać sobie sprawę, że to, co robi, czuje lub myśli, nie zgadza się z ideałami zachowania, osobistych osiągnięć i sukcesów, które sobie wyznaczył. Nawet najbardziej zadowolona z siebie jednostka uświadamia sobie brak czegoś; jej samozadowolenie jest bardzo często zasłoną, pod którą kryje się nie uznawane poczucie niższości, niepewności lub strach przed porażką. Gdyby istniała osoba w pełni z siebie zadowolona, pewnego dnia życie udowodniłoby, że jej ciało lub umysł, jej emocje lub nerwy nie potrafiłyby sprostać nagłemu wyzwaniu lub stawić czoła niebezpieczeństwu. Choroba, ból, wewnętrzne rozterki i konflikty są dowodami pewnej przynajmniej przegranej lub braku przystosowania się. Któż jednak potrafi całkowicie uzewnętrznić i zrealizować potencjał tkwiący w jego osobowości? Po zakończeniu twórczej pracy, kompozytor, pisarz lub artysta niejednokrotnie zdaje sobie w bolesny sposób sprawę, że mógłby stworzyć lepsze dzieło. Kochanek osiąga etap, w którym miłość wygasa lub kończy się gwałtownie, a on zadaje sobie gorzkie pytanie: „Dlaczego nie potrafiłem utrzymać tego związku? Co takiego zrobiłem lub powiedziałem, co zakłóciło lub zniszczyło poczucie bliskości?” Rodzic lub nauczyciel, który napotyka bunt, a być może pogardę lub nienawiść ze strony swojego wychowanka, zastanawia się gdzie popełnił błąd, albo czy ideał, który ukazał dziecku, rzeczywiście miał jakąkolwiek wartość. Zatem doświadczenie porażki pojawia się jako samoekspresja i twórcze wysiłki napotykają przeciwności, a umysł i dusza czują się puste i pokonane przez życie –a w rzeczywistości, do pewnego stopnia przez samych siebie. Prawdziwym problemem w takich okolicznościach jest sposób, w jaki jednostka radzi sobie z przeżywaną porażką i jej rezultatami. W jaki sposób przyjmuje odkrycie własnego braku siły, wytrzymałości, umiejętności przystosowania się, wykształcenia, mądrości, zasad dobrego wychowania, czy też zdolności do szczerej miłości? W jaki sposób uświadamia sobie konieczność samodoskonalenia? W jaki sposób powinna to odkrywać, aby wyciągnąć z tego jak największe korzyści? Prawdziwa wewnętrzna wartość człowieka często objawia się, kiedy staje on twarzą w twarz z nieodpowiedniością, brakiem, frustracją czy porażką. Kiedy człowiek potrafi poradzić sobie ze zwykłymi wymaganiami codzienności i kiedy może dokonać tego, czego życie i społeczeństwo –lub rodzina –domagają się od niego, wtedy działają jedynie jego umiejętności. Kiedy one zawiodą lub nie podołają zadaniu, kiedy choruje ciało lub gdy umysł traci swoją normalną trzeźwość, wtedy widzimy samego człowieka. Prawdziwe „ja” poznajemy jednak naprawdę nie poprzez to, co osiąga dany człowiek, lecz przez to, w jaki sposób podchodzi on do sytuacji zagrożenia, przez jakość jego reakcji na brak i porażkę. Jeśli osoba obdarzona dużą witalnością zachoruje, a następnie w cudowny sposób powraca do zdrowia, jeśli naród w obliczu wojny lub katastrofy podejmuje się z powodzeniem programu wzmożonej produkcji, to niekoniecznie ukazana jest w ten sposób wielkość wewnętrznego „ja” tej osoby lub wielkość ducha narodu. To co liczy się w wymiarze duchowym, to jakość wysiłku i to co wysiłek ten wywołuje w człowieku i w narodzie. To następstwa zwycięstwa sprawdzają jego duchową jakość – to, co robi ono w umysłach i duszach zwycięzców. Kryzysy są zarówno wyzwaniem, jak i okazją do rozwoju. Są jednak różne rodzaje rozwoju. Człowiek może urosnąć, rozrosnąć się wszerz, stać się zamożniejszy i bardziej zarozumiały. Czy w związku z tym potrafi lepiej poradzić sobie z następnym kryzysem? Czy postęp w jego rozwoju pozwala mu zbliżyć się do wypełnienia swojego prawdziwego i podstawowego celu w życiu? Jeśli nie, to jest to błędny rozwój. Rozwój oznacza stawanie się, prawdziwe i skuteczne, tym czym się potencjalnie jest jako istota duchowa, na progu własnych narodzin. Oznacza to osiągnięcie zasadniczego celu życia jako całości – celu wyznaczonego przez Boga, jak ujęłaby to osoba religijna. Podstawowe zatem staje się pytanie: Jak w najlepszy sposób mogę przygotować się do zbliżającego się kryzysu? Jeśli nadchodzi nie zapowiedziane zdarzenie (tak jak nagła choroba, wypadek lub śmierć), jaka jest najbardziej podstawowa siła, funkcja lub energia, którą powinienem przywołać, aby stawić czoło zagrożeniu –i, co więcej, abym mógł poprzez to działanie rozwinąć się duchowo? Większość ludzi oczywiście nie zadaje sobie tych pytań i nie stara się znaleźć na nie odpowiedzi. Dobrze, że tego nie robią, przynajmniej z początku, ponieważ dobre jest dla młodych osób sprawdzenie siebie, poznanie swoich braków poprzez rzeczywistą porażkę. Buduje to charakter i świadomość własnego „ja”. Kiedy jednak dorastają i uświadamiają sobie, że sposób, w jaki radzili sobie z problemami, chorobami i poczuciem niższości nie był najlepszy, wtedy nadchodzi pora, żeby lepiej poznać siebie i swoją wrodzoną umiejętność wychodzenia z sytuacji kryzysowych. Okazuje się, że konieczna jest reorientacja. Być może należy nauczyć się nowych technik i, co ważniejsze, nowego sposobu wykorzystania posiadanych już umiejętności. Tu właśnie pojawia się pojęcie bycia uczniem. Można nauczyć się tajników zawodu z pisemnych instrukcji lub bezosobowych stwierdzeń. Można nauczyć się na pamięć rozmaitych reakcji na sytuację krytyczną –na przykład, jak zachować się w ulicznym korku, kiedy prowadzi się samochód. Jest to wiedza techniczna; taki rodzaj wiedzy czcimy obecnie w Ameryce. Jednak nawet technicznie dobry kierowca może –będąc zniecierpliwiony, emocjonalnie zachwiany lub przemęczony i nerwowo spięty –spowodować poważny wypadek. Być może posiada on odpowiednią technikę, aby stawić czoło zagrożeniu, ale osobiste, emocjonalne lub fizjologiczne podejście do ewentualności wystąpienia kryzysu może pokonać umiejętność wykorzystania tej techniki. W niektórych przypadkach obecność podświadomego oczekiwania na porażkę lub śmierć sprawia, że przegrana jest nieunikniona. Bycie uczniem, rozumiane prawidłowo, nie oznacza tylko nabywania umiejętności. Jest to uleganie przykładowi jednostki, która nie tylko posiada tę umiejętność, ale również potrafi maksymalnie wykorzystać ją w chwili kryzysu. Student wyższej uczelni zdobywa wiedzę od nauczyciela; uczeń otrzymuje od swego mistrza moc przekształcania swojego podejścia do życia, do siebie i do Boga tak, aby mógł wykorzystywać posiadaną wiedzę –lub inspirację efektywnie i twórczo. Jednak moc, którą otrzymuje uczeń, nie jest mu dana, jeśli się do niej nie kwalifikuje. Musi odkryć, w jaki sposób najlepiej będzie się nadawał, a to sugeruje pewien rodzaj wstępnej reorientacji. Zanim uczeń z pomocą mistrza otrzyma moc doświadczania rzeczywistej wewnętrznej przemiany, musi pragnąć zmiany i rozwoju. Musi być gotów służyć i być posłusznym, gdyż prawdziwa i dobrowolnie akceptowana służba jest jedynym lekarstwem na egocentryzm czy samolubstwo. Umiejętność słuchania i przyjmowania poleceń jest niezbędna, jeśli uczeń ma pomyślnie przejść przez kryzysy stanowiące wyzwanie dla samego istnienia jego ego. Ponieważ dom szósty reprezentuje zasadniczo wszystko, co ma związek z osobistymi kryzysami i sposobem radzenia sobie z nimi, bardziej niż jakikolwiek inny czynnik astrologiczny pokazuje on, jak jednostka może rozwijać się i zmieniać. Swoją zawartością wskazuje podstawowy rodzaj lub rodzaje wyzwań, których należy się spodziewać, kiedy tylko pojawiają się okazje do rozwoju. Okazje te może stwarzać samo życie lub obecność mistrza i przewodnika duchowego, którego zadaniem jest sprecyzowanie tych okazji, a zatem zaostrzenie i zogniskowanie kryzysów. W tradycyjnych podręcznikach do astrologii mówi się, że dom szósty odwołuje się do zatrudnienia-do służących, którym daje się pracę, bądź do pracodawcy, do codziennej pracy, do wszelkich form nauczania, do zagadnień zdrowia i higieny – a w niektórych przypadkach do służby wojskowej. Jak to zwykle bywa, takie tradycyjne interpretacje są same w sobie powierzchowne i ograniczające i nie potrafią ukazać podstawowego znaczenia tego najważniejszego domu. Tym podstawowym znaczeniem jest rozwój osobisty. Rozwój oznacza przemianę lub zmianę warunków. Zmiana ta wymaga zrobienia nowego kroku naprzód, lub, jeśli jest to ruch negatywny, kroku w tył. Podczas robienia każdego nowego kroku następuje moment, w którym człowiek traci równowagę, po opuszczeniu poprzedniego stanu równowagi, a jeszcze nie osiągnąwszy następnego. Ten brak równowagi wskazuje na kryzys. Wszystkie sytuacje kryzysowe to przejścia z jednego stanu lub jednych warunków egzystencji bądź świadomości do następnych. Większość tych przejść jest trudna lub bolesna; mało kto przechodzi przez nie umyślnie i świadomie, chyba że zmuszony jest pożądać tego ryzyka przez nagłe i gorzkie uświadomienie sobie braku pewnej umiejętności, przynajmniej częściowej przegranej lub porażki. Choroba może być bezpośrednim następstwem porażki sił witalnych, które nie potrafią zmagać się z wyzwaniem rozwoju lub z podjętą przez duszę próbą narzucenia świadomości potrzeby zrewidowania postaw lub normalnym objawem rozkładu cielesnego w starszym wieku. Może również być narzucona na ciało lub umysł przez zaburzający wpływ jakiegoś globalnego kryzysu, wojny lub rewolucji. W tym wypadku jednak głównym polem zakłóceń jest dom dwunasty; dom szósty, biegunowo mu przeciwny, ukazuje odpowiedź jednostki na sytuację społeczną. Nie powinniśmy jednak zapominać, że dla jednostki odpowiedź na społeczną lub narodową potrzebę jest normalną drogą rozwoju. Ta normalna droga nie musi wymagać od jednostki przejścia przez ostre kryzysy lub choroby. Wymagane jest, aby wniosła swój wkład w produktywność i rozwój społeczności, a wkład ten często przybiera postać zatrudnienia lub usługi. Może on obejmować całe mnóstwo mniejszych kryzysów lub zdecydowanych wysiłków na rzecz przystosowania się do warunków społecznych –nawet jeśli jest to tylko codzienna podróż do pracy zatłoczonym metrem lub wysiłek przezwyciężania zmęczenia każdego ranka, kiedy budzik –współczesny dozorca niewolników! budzi nas ze snu. Jeśli relacja jednostki do jej społeczności jest negatywna, zatrudnienie oznacza niewolnictwo, surowe lub złagodzone; jeśli społeczeństwo rozdarte jest przez wojnę lub rewolucję, sfera doświadczeń szóstego domu obejmuje obowiązek pewnego rodzaju służby wojskowej. Kryzysy stają się wtedy ostrzejsze, nawet jeśli są małe i powtarzające się. Jednak kryzysy te wciąż mogą oznaczać rozwój dla jednostki –niewolnik przecież potrafi osiągnąć dużo większy rozwój duchowy niż jego bezlitosny pan! Liczy się przyjęta postawa i to, w jakim stopniu duch wewnątrz, wewnętrzne „ja”, zostało pobudzone i jest w stanie wywołać przemiany w całej osobowości. Powinna się tam znaleźć, przynajmniej do pewnego stopnia, przemiana reakcji ciała oraz instynktowych popędów i pożądań. Ekstremalną alternatywą dla przemiany jest śmierć. Śmierć może być procesem bardzo powolnym i stopniowym, który jednostka akceptuje lub nawet sama wywołuje z wyczerpania lub rozpaczy. Rozwój zawsze oznacza jakiś rodzaj przemiany. Przesłaniem szóstego domu jest hasło: Przemieniajcie się! Żaden człowiek z zaakcentowanym szóstym domem urodzeniowym nie powinien szukać ucieczki lub odmawiać zwrócenia uwagi na owo wezwanie do przemiany. Dostosować się to zaakceptować istniejący stan rzeczy; to zaakceptować nieuniknioność krystalizacji, degradacji tego, co żyje, do tego, co nieożywione, do kamienia. Wszystko, co żyje dynamicznie, sugeruje przemianę –przemianę osobowości i twórczego wkładu w przemianę społeczeństwa i cywilizacji. Bycie twórczym to bycie częścią przemian; to maksymalne wykorzystanie kryzysów, tak aby zaczęły oznaczać efektywne i pomyślne metamorfozy. Narodziny, oczyszczenie i metamorfoza najczęściej sugerują cierpienie. Wielkim sprawdzianem szóstego domu jest sprawdzian cierpienia – a także cierpliwości i wytrwałości. Zapewnieniem sukcesu jest umiejętność wytrwania z gorącą i niezachwianą wiarą w to, że kryzys doprowadzi do nowego rodzaju doświadczenia, a zatem do pewnego odrodzenia się lub powtórnej integracji. Wiara nie sprawia, że ból lub psychiczna presja i niepokój stają się mniej realne; może jednak nadać im konstruktywne znaczenie, a człowiek potrafi znieść prawie wszystko, co wiąże się z realizacją celu, chyba że siły witalne jego organizmu nie są już w stanie pobudzić do działania wyniszczonych narządów. W znanym gnostyckim hymnie z pierwszych wieków chrześcijaństwa, Jezusowi przypisuje się słowa: „Gdybyś wiedział, jak cierpieć, miałbyś moc zakończenia swego cierpienia”. Cierpienie prowadzi do repolaryzacji lub powtórnych narodzin. Zmartwychwstanie zawiera w sobie poprzedzające je Ukrzyżowanie. Trzeba nauczyć się z odwagą i jasnością myślenia stawić czoło porażkom, niezależnie od tego, czy będzie to nasza własna porażka, czy porażka naszych bliskich, czy też porażka całego społeczeństwa. Trzeba stanąć twarzą w twarz z przyczynami porażki obiektywnie i trzeźwo, z dystansem, ale także ze współczuciem i bez poczucia winy. Jest to bezstronność, a także odłączenie się w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Odłączenie się nie wyklucza empatii; stwarza dystans, który jest niezbędny do oceny tego, co się stało. Mówi się, że czas leczy wszystkie rany, ale dzieje się tak tylko dlatego, że liczne subtelne powiązania uczuć i wspomnień między czyniącym a uczynkiem, jedno po drugim pękają i znikają ze świadomości, podczas gdy inne doświadczenia, dzień po dniu, rok po roku, tłoczą się w umyśle. Wykonawca uwalnia się od swojego czynu i zapomina o cierpieniu –aż do dnia gdy, być może, stanie przed nowym testem zdolności do zmiany samego siebie oraz powtórnej oceny i reorientacji uwalniania własnej osobowości. Test ten musi się odbyć w tym samym miejscu w sferze świadomości, w której wcześniej doświadczany był podobny test. Wszystko zależy wtedy od jakości procesu gojenia się ran, który tam nastąpił. Całkowite wyleczenie wzmacnia zakłócone czynności; wyleczenie częściowe może pozostawić organizm w stanie osłabionym i bezbronnym. Dom szósty odnosi się do wszystkich doświadczeń leczenia, a również do strachu przed chorobą lub porażką. Jeśli osobowość nie ma głębokich lub bardzo rozległych korzeni, to bardzo prawdopodobne jest, że działania jednostki szukającej samoekspresji i spełnienia uczuciowego w czynnościach domu piątego, nie powiodą się, jeśli samoekspresja będzie zasłaniać potrzebę pomocy. Porażka wtedy wiedzie do użalania się nad samym sobą. Zraniona świadomość wykrzykuje: „Dlaczego mnie się to przydarzyło?” Stało się tak, ponieważ jednostka nie zdała sobie jeszcze sprawy z pełni swojej siły i ze swojego zasadniczego przeznaczenia. Takie uświadomienie często pojawia się dzięki oddaniu się pracy. Może towarzyszyć służeniu, gdyż tylko służąc, można osiągnąć perfekcję. Najgłębsza wartość jednostki ujawnia się w jej zdolności i gotowości do służenia –co może oznaczać jej umiejętność do rozpoznawania wielkości w innych ludziach i do odczuwania pokory. Człowiek wielki jest skromny, ponieważ głęboko w sobie ma świadomość tego, jak dużo większy mógłby być. Prawdziwa wielkość wyklucza samozadowolenie. Tylko wielki człowiek potrafi spojrzeć ponad siebie; a wizja tego, co jest ponad, musi przejść przez „cień” przypisany każdemu osiągnięciu. W domu szóstym jednostka może spotkać swój cień –nie ostatecznego „Strażnika Progu”, który należy bardziej do domu dwunastego, ale cień własnego pragnienia, aby być wielkim, szlachetnym, potężnym. Może się to stać poprzez upokorzenie, chorobę lub niepohamowany lęk, kiedy nadchodzi wyzwanie przeznaczenia. Może to być silnie oczyszczające doświadczenie; może to być również uwznioślająca i przeobrażająca Łaska Boska. Jakość odpowiedzi całości istnienia na tę łaskę przesądza o jakości prawdziwie produktywnych związków, jakie jednostka tworzy z innymi ludźmi. Obecność planety w szóstym domu horoskopu urodzeniowego nie sugeruje, że planeta ta jest w niekorzystnym położeniu. Nie ma niczego wewnętrznie negatywnego lub „złego” w tym domu urodzeniowym. Kiedy umieszczona jest w nim planeta, podstawowa funkcja, którą ta planeta reprezentuje, powinna być wykorzystana, aby jak najpomyślniej wyjść naprzeciw doświadczeniom związanym z pracą, służeniem, chorobami, samoprzemianą, przekwalifikowaniem i repolaryzacją własnych energii i ego, które wykorzystywało je w pewnym sensie nieefektywnie. Doświadczenia te są niezbędne dla całego procesu rozwoju jednostki. Występują na dwóch lub trzech poziomach, poczynając od pracy materialnej i troski o zdrowie, kończąc na prawdziwym byciu uczniem „mistrza prac”. Nie powinno się tych doświadczeń unikać tylko dlatego, że zazwyczaj łączą się napięcie i stres, ból i cierpienie. Tak jak wspominałem w jednej ze swoich prac: „Ból jest dozorcą naszych nieodkrytych skarbów… Ludzie nie są jeszcze całkiem »Człowiekiem«. Kierują się ku Mistrzostwu, ku poprawnemu wykorzystaniu »ludzkiej« mocy… Cierpienie jest podnóżkiem naszej boskości. Możemy się o nie potknąć i wpaść z powrotem do łona czasu, aby ponowić raz jeszcze naszą próbę metamorfozy. Lub też możemy na nie wejść, wznieść nasze oblicze, tamując potok łez i użyć cierpienia, aby dosięgnąć wyciągniętych rąk Tego, Który jest naszym zmartwychwstałym Ja. Cierpienie może się zakończyć jedynie Zmartwychwstaniem, w każdym człowieku, który jest prawdziwie człowiekiem. Być człowiekiem bowiem, to być czymś nieskończenie więcej niż się jest. Aż nastąpi połączenie ludzkości w boskość. Aż jednostka stanie się człowiekiem. Aż wszyscy zwycięzcy ludzie, poznawszy jak w prawidłowy sposób wykorzystywać moc, która mają w Bogu, nie będą musieli więcej cierpieć*.